Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
„…a potem wszystko trafia szlag.” - BARTHOLOMEW WILKINS



„…a potem wszystko trafia szlag.” - BARTHOLOMEW WILKINS

Pomieszczenie było przede wszystkim zimne i wilgotne. Ani panujący półmrok, ani stęchły piwniczny zapach, ani ściany z grubego, chłodnego kamienia i takaż posadzka nie były tak wyraźnymi cechami tej celi. Dominic nie mógł po prostu przestać myśleć o tym, jak jest mu zimno, a otaczająca go zewsząd wilgoć tylko pogłębiała to odczucie. Porwali go z domu tak, jak stał: w czystej, niebieskiej koszuli i roboczych, poplamionych olejem do drewna spodniach, których nie zdążył jeszcze przebrać po pracy. A tu – gdziekolwiek się to „tu” znajdowało – nie było żadnego ogrzewania, na zewnątrz zaś panowała przecież zima. Marzł więc, a kiedy zdarzało mu się zasnąć niespokojnym snem, budził się z gęsią skórką, wstrząsany dreszczami. To było gorsze od pustego żołądka.
Dawali mu jeść. Raz dziennie, a przynajmniej tak Dominic przypuszczał, bo przestał kontrolować upływ dni i nocy. Skrzat domowy przynosił mu posiłek na lakowej, zdobionej wschodnimi motywami tacy, stawiał ją przy drzwiach i natychmiast znikał. Ta droga, porządnie wykonana taca wyglądała w tym miejscu absurdalnie i stanowiła chyba jakiś okrutny żart. Jedzenie musiało być resztkami z obiadu, czy kolacji jego porywaczy. Potrawy były zapewne smaczne i wykwintne, zanim nie zjedzono ich najlepszych części, a ostygłych resztek nie zeskrobano na tacę, formując w jedną, lepką masę. Którą Dominic pochłaniał od razu, jak wygłodniały wilk.
Dużo czasu minęło od ostatniego posiłku, więc czarodziej w każdej chwili spodziewał się szczęku klucza w zamku i małego posłańca z tacą. Nie przerywał jednak swojego zajęcia, bo cenny był każdy moment, zachowywał tylko czujność, aby w każdej chwili być gotowym do ukrycia rąk w kieszeniach.
Kiedy go porwali – a wydawało się to być wieki temu – trzymali go w innym pomieszczeniu, bardziej przypominającym pokój niż celę. To tam przetrwał tortury i tam udało mu się skontaktować z Eleanor. Jedynie z tego ostatniego faktu był dumny, choć w zasadzie nie było w tym żadnej jego zasługi. Po prostu oprawcy zostawili go samego, a w rogu pokoju znajdował się kominek z ledwo tlącymi się obecnie węgielkami. Myśli Dominica mknęły wtedy jak oszalałe, pomysł zrodził się w jego głowie w przeciągu setnych sekundy. Nigdy nie przypuszczał, że w sytuacji stresowej będzie potrafił zachować tak jasny umysł; wydawało się, że nawet sprawniejszy niż na co dzień. Ostrożnie jakby budował wieżę z kart, wywrócił prawą kieszeń spodni na lewą stronę, zbierając na drugą dłoń to, co z niej wypadło. Jeden poczerniały knut, strzępki chusteczki higienicznej, dziwnie zmechacone po wypraniu i odrobina jasnego proszku. Eleanor zawsze się denerwowała, że nie opróżnia kieszeni przed praniem, że wkłada do nich przeróżne śmieci, zamiast wyrzucić je do kosza, jak normalny człowiek. Wiele razy obiecywał poprawę, ale nigdy nie udało mu się zmienić utartych nawyków. Ten jeden raz mógł być z tego zadowolony.
Nędzne resztki proszku Fiuu spoczywały na jego dłoni – pozostałość po tym, jak ostatnio podróżował siecią kominków i pozbył się nadmiaru proszku wycierając dłoń o kieszeń. Zdecydowanie za mało, żeby odbyć podróż. Nie był pewien, co by się stało, gdyby postanowił zaryzykować i chciał wydostać się z więzienia, używając tych marnych pozostałości. Możliwe, że nie byłoby żadnego efektu, straciłby natomiast proszek. Zdecydował więc, że rozsądniejsza będzie próba komunikacji. Była większa szansa, że plan się powiedzie. Drżąc ze zdenerwowania, sypnął niewielką ilość drobnych ziarenek proszku w dogasające palenisko i przykląkł przy kominku, obserwując jak żar na chwilę jaśnieje i strzela z niego mały płomyczek.
- Merlinie, niech tylko to zadziała… - szepnął z prośbą w głosie. I włożył głowę prosto w ten niewielki płomień. Nie poczuł bólu, ani gorąca, tylko lekkie łaskotanie na szyi i karku. Więc proszku wystarczyło, aby ogień nabrał magicznych właściwości. Dominic odetchnął głęboko i rzekł wyraźnie:
- Chcę rozmawiać z Edinburgh Street 23.
Kiedy po chwili ujrzał znajome wnętrze swojego salonu, a co ważniejsze, siedzącą w fotelu Eleanor, poczuł ogromną ulgę.
- Ellie! – zawołał, niezbyt głośno, na wypadek, gdyby ktoś z porywaczy kręcił się w pobliżu. Zresztą, teraz nie byli mu już oni tacy straszni. „Dajcie mi jeszcze powiedzieć kilka słów Eleanor, a potem możecie mnie zabić” – pomyślał. Przeżył już dłużący się koszmarnie ból klątwy Cruciatus, zdradził swoich przyjaciół, dał śmierciożercom to, co chcieli otrzymać. Rozumiał, że nie mają powodu trzymać go dłużej przy życiu. „Ale i nie mają powodu torturować…” – dopowiedział cichy głos w jego głowie. – „Śmierć będzie łatwiejsza niż ten ból.” Jedyne, co chciał jeszcze zrobić, to spróbować naprawić swój błąd i uratować w jakiś sposób Finniganów oraz pożegnać się z żoną. I właśnie tego dokonywał.
Jakież było jego zdziwienie, kiedy oprawca w czarnym futrze i masce śmierciożercy wrócił nie po to, by go zabić, ale by przenieść w inne miejsce. Bez słowa, wciskając boleśnie swoją różdżkę pod kręgosłup Dominica, popchał go jakimś korytarzem, a potem schodami w dół. Wrzucił go do zimnej celi, w której mężczyzna znajdował się obecnie i przekręcił klucz. Nikt się do niego nie odezwał, nikt nie wyjaśnił, co się dzieje, ani co go czeka.
Przez pierwszy okres czasu snuł się tylko z kąta w kąt, rozpaczając, że nie ma różdżki. A potem zwymyślał się za żałosne mazgajstwo i zamiast myśleć o tym, czego nie może zrobić, zaczął dumać nad tym, co zrobić może.
Gdy drzwi otwarły się i stanął w nich skrzat domowy, Dominic stał spokojnie i zaciskał ukrytą w kieszeni dłoń na chłodnym przedmiocie.

Vincent Haggins przyjmował właśnie jakiegoś zagranicznego ministra, więc Bart i Jared musieli zaczekać na plastikowych krzesełkach przed drzwiami gabinetu.
- Jak myślisz, co postanowi szef? – spytał Bartholomew, żeby nie siedzieć w milczeniu. Kolega wzruszył ramionami.
- Wiem tylko, że woli wiedzieć więcej niż mniej. Coś niż nic. Więc pewnie będziemy musieli iść na układ… - odparł. Widząc niezadowolenie drugiego mężczyzny, który nie znosił, gdy śmierciożercom cokolwiek uchodziło na sucho, zwłaszcza, gdy Biuro miało ich już w swoich rękach, Jared pospiesznie zmienił temat. - Co słychać u Rachel?
- Dzięki, wszystko w porządku. – Odpowiedź Barta była odruchowa. Po namyśle westchnął i dodał: - Właściwie, nie wiem, co tak naprawdę u niej słychać… Miałem tak mało czasu… Wiesz, aż mi wstyd, że tak mało uwagi ostatnio jej poświęcałem.
- Daj sobie trochę odetchnąć i pozwól jej się nacieszyć twoim towarzystwem. Bo jeśli w ogóle nie będzie cię widywać, to choćby nie wiem jak cię kochała… - Jared zawiesił ostrzegawczo głos. Bart spojrzał na niego. Przywykł ufać mu w sprawach dotyczących kobiet – w końcu Kun był żonaty od dwunastu lat, a Bart oceniał swoje własne doświadczenie jako raczej skąpe.
- Wiem, wiem… Przynajmniej prezent świąteczny jej się spodobał.
- Ten naszyjnik, który wybrała twoja matka? – upewnił się Jared.
- Szsz! – uciszył go Bartholomew, jakby w pobliżu był ktoś oprócz nich. – To jest taki mały sekrecik, bo moja dziewczyna myśli, że nosi na szyi dowód mojego własnego dobrego gustu, więc bądź łaskaw milczeć na ten temat w jej towarzystwie.
Jared śmiał się przez kilka chwil, a potem podrapał się po brodzie i rzucił od niechcenia:
- Choć i tak pewnie wolałaby pierścionek…
- Kto, Rachel? Pierścionek? W sensie… zaręczynowy, tak?
Jared pokiwał rozbawiony głową.
- Skąd wiesz? Że chciałaby…? – Bart starał się zachowywać normalnie, co jak zwykle odniosło wręcz odwrotne skutki. Mówił urywanymi zdaniami i zdecydowanie zbyt często mrugał. Jared Kun bawił się w najlepsze.
- Bart, chłopie, nie wiem jakim cudem tak sprytny, spostrzegawczy i domyślny auror jak ty, może stawać się tak ślepy w obliczu najzwyklejszych spraw. Poza tym, że to widać na pierwszy rzut oka, to kiedy ostatnio byliście u nas na kolacji, Mai Li pogadała sobie z Rachel. Wiesz, takie babskie rozmowy w kuchni…
- I…? – zapytał Bart.
- I obiecałem, że nic więcej ci nie powiem. – Jared wykonał gest, jakby zamykał usta na zamek błyskawiczny. W tym właśnie momencie otworzyły się drzwi gabinetu, Vincent bardzo uprzejmie pożegnał zagranicznego ministra, a kiedy gość zniknął za rogiem korytarza, skinął dłonią na oczekujących aurorów. Weszli do środka.
Rozmowa nie trwała długo. Vincent Haggins był rozsądnym człowiekiem i wiedział, że bez korzystania z podpowiedzi pojmanych śmierciożerców będą kręcić się w kółko i niewiele zdziałają. Mimo więc, że najchętniej wrzuciłby ich wszystkich do najgłębszego lochu Azkabanu, zwłaszcza po tym, jak zabili mu żonę, zgadzał się czasem na współpracę z nimi. Przyjmował pomoc od znienawidzonego wroga, zapewniając mu tym samym jakieś konkretne korzyści. Każda taka sprawa kłuła go bolesną iskierką w serce, ale miał pewność, że podejmował słuszne decyzje. Takie, jak ta.
- Powiedzcie temu McGoofy’emu, że jeśli jego informacje okażą się prawdziwe i przydatne, wtedy nasz układ zacznie działać. Zostanie najpierw przeniesiony do wygodniejszej celi, a potem wypuszczony. Oczywiście, weźmiemy jego dom i ewentualną rodzinę, czy bliskich znajomych pod obserwację, ale tego nie musicie mu mówić. Mamy też prawo odciąć sieć Fiuu w jego domu i z pewnością z niego skorzystamy.
Bart i Jared kiwali głowami. Ten pierwszy mocno zaciskał szczęki, ale nic nie mówił. Musiał przyznać szefowi rację, musiał dostrzec mądrość tej kontrowersyjnej decyzji.
Udali się ponownie do pokoju przesłuchań C, nie zamieniając po drodze ani słowa. Tym razem Jared wyjął różdżkę z kieszeni i włożył ją do dziurki od klucza. Rzucone na drzwi zaklęcie rozpoznało różdżkę aurora, a więc osoby uprawnionej do wejścia, i wnętrze pokoju przesłuchań po raz kolejny stanęło przed nimi otworem.

- O kurwa…! Ja…!
Jared zakrył usta ręką, niezdolny wykrztusić ani słowa, a Bart stał w drzwiach z szeroko otwartymi oczami, rękami bezwładnie opuszczonymi wzdłuż tułowia i klął. Trwało dobre pół minuty, zanim się poruszyli, obaj jednocześnie, aby podejść bliżej i sprawdzić, czy to, co widzą nie jest snem lub halucynacją.
Preston McGoofy leżał na posadzce z zielonego linoleum. Nieruchomo. Jego twarz zastygła w wyrazie zdumienia, które dziwnie złagodziło jego rysy. Oczy miał szeroko otwarte, wargi lekko rozchylone, jakby powstrzymano go zanim zdążył krzyknąć, czy coś powiedzieć. Na twarzy nie znać było natomiast śladu bólu. Obaj, Jared i Bart, doskonale znali ten widok. Nie raz oglądali osoby, których dosięgła Avada Kedavra.
Aby jednak nie zostawiać wątpliwości, co do tego, że śmierciożerca naprawdę nie żyje, ktoś szerokim gestem podciął mu gardło. Z długiej, wąskiej, przypominającej makabryczny uśmiech rany, sączyła się powoli stygnąca krew.
- Jak to jest, kurwa, możliwe?! – krzyknął Bartholomew. Wzbierające w nim frustracja i furia sprawiały, że nie panował nad językiem. Jared próbował za to przebić się przez warstwę oszołomienia, która spowijała jego umysł i uporządkować logicznie fakty.
- Nie było nas najwyżej pół godziny… - mówił, a do Barta jego głos docierał jakby z daleka. – Z drzwiami wszystko w porządku… Był tu ktoś uprawniony…
Mężczyźni spojrzeli po sobie. Wśród stale upoważnionych do wejścia osób byli jedynie aurorzy, kilkoro członków Wizengamotu, kilku pracowników administracyjnych Ministerstwa i jedna osoba z Departamentu Tajemnic.
- Kto mógł zabić tego śmierciożercę? Kto mógł to zrobić, Jared? – zapytał Bartholomew. Kolega jedynie pokręcił bezradnie głową. Przez chwilę w milczeniu przykucali nad martwym ciałem Prestona McGoofy’ego, a potem Bart wyraził jedyną logiczną myśl, jaka przyszła mu do głowy:
- Trzeba powiedzieć Vincentowi.

Dźwięki „Black Dog” zaskoczyły Syriusza w gabinecie Jenkinsa. Grzebał w ogromnej stercie dokumentów, podpisanych w ciągu ostatniego roku przez pewnego ważnego członka rządu. Dwa dni temu dostał on list z pogróżkami, któremu towarzyszyła wyjątkowo wyrazista w przekazie odcięta ludzka dłoń. Młody auror starał się właśnie dociec kogo i czym rozzłościł polityk.
Wyjął mały okrągły przedmiot, który wzywał go do Vincenta Hagginsa i uniósł zdziwiony brwi. Zamiast migać równomiernie, urządzenie świeciło jednostajnym czerwonym blaskiem. A to znaczyło „wezwanie do wszystkich”. Nie wskazywało to na nic dobrego. Syriusz szybko wyłączył melodię i wyszedł z gabinetu Gregory’ego Jenkinsa. W korytarzu spotkał się z poruszoną kobietą, opuszczającą pokój naprzeciwko.
- Wezwano wszystkich? – rzuciła, jakby chciała się upewnić.
- Na to wygląda – odparł Syriusz. Ruszyli razem w prawo, w stronę głównego korytarza. Kiedy doń dotarli, spieszyło już nim kilkanaścioro aurorów. Ktoś nie wyłączył swojego przyzywacza i jakaś skoczna melodia popularna w ubiegłej dekadzie odbijała się echem od wysokich marmurowych ścian. Syriusz szedł szybkim krokiem, nie mogąc się doczekać, kiedy dowie się, co jest powodem zamieszania. Na szerokiej klatce schodowej panował już prawdziwy tłok. Aurorzy próbowali dostać się ze wszystkich pięter na pierwsze, gdzie mieli się zgromadzić. Black wcisnął się w tłum. Grało parę innych przyzywaczy. Wszyscy szeptali między sobą podekscytowani, nad głowami ludzi unosił się ogólny gwar. Niemal namacalnie dało się wyczuć panujące napięcie.
Dotarli wreszcie do dużej sali wykorzystywanej na okazje, kiedy trzeba było zmieścić dużą ilość ludzi w jednym pomieszczeniu, poczynając od zebrań komisji budżetowej Ministerstwa, a kończąc na przyjęciach z okazji przejścia na emeryturę. Aurorzy, którzy przybyli pierwsi, zdążyli już zająć miejsca w pierwszych rzędach ustawionych równo krzeseł. Przy drzwiach stało kilkoro czarodziejów w togach Wizengamotu, najwyraźniej niezadowolonych, że odrywa się ich od ich własnych zajęć. Na niewielkim podwyższeniu zastępującym scenę stał Vincent Haggins, uderzając nerwowo różdżką o udo. Szef wyglądał na wyjątkowo podenerwowanego, a to było do niego niepodobne. Choć często wrzeszczał na swoich podwładnych – co stanowiło zresztą niezbędną strategię zapewnienia sobie u co poniektórych posłuchu i było najpewniej zapisane w jego kontrakcie – prawie zawsze potrafił zachować zimną krew i równie chłodny umysł wobec niepomyślnych sytuacji. Tego wymagało jego stanowisko.
Syriusz został przez kogoś popchnięty i wylądował na krześle w przedostatnim rzędzie. Postanowił na nim zostać, gdyż tłum wciąż wpływał do sali przez otwarte drzwi i napierał na tych, co stali w przejściu. Ze swego miejsca Black zauważył Bartholomew Wilkinsa, który stał u stóp sceny i mówił coś do Szefa Biura Aurorów. Syriusz uniósł brwi, zły, że nie może dosłyszeć, co to takiego.
Gdy wreszcie sala zapełniła się, a któryś z ostatnich przybyszów zamknął za sobą drzwi, Vincent Haggins odezwał się donośnym głosem:
- Będę mówił krótko, bo pewnie każdy z was chce prędko wrócić do swoich obowiązków. Natomiast sprawa, dla której was tu zebrałem nie jest na razie wyjaśniona i nie ma sensu, abym podawał wam jej szczegóły. Za chwilę wyjaśnię wam wszystko na tyle, ile powinniście wiedzieć, odpowiem też na pytania, które wam się nasuną, pod warunkiem oczywiście, że sam będę znał odpowiedź. – Uśmiechnął się smutno, jakby nie było na to wielkich szans. – Zanim to jednak nastąpi, proszę, żebyście bez oporów, bez zbędnych pytań i bez zwlekania wykonali to, co wam teraz powiem. – Umilkł na chwilę i powiódł wzrokiem po pełnej sali. Wpatrywało się w niego mnóstwo par oczu. Panowała cisza. Ktoś poruszył się na krześle i szelest szaty wydał się naprawdę głośny. – Tam, z boku, znajdują się specjalne pudełka. Proszę, aby każdy z was umieścił w jednym z nich swoją różdżkę, wyraźnie wypisując na wieczku swoje imię i nazwisko… Szz! Proszę, jeszcze nie skończyłem! Nikt nie wyjdzie z tego pomieszczenia bez różdżki, obiecuję! Odzyskacie je w ciągu najbliższych dwudziestu minut i nawet na chwilę nie spuścicie ich z oka! Proszę.
Vincent Haggins nie miał nic więcej do powiedzenia, lecz nawet, gdyby miał, pewnie nie byłoby mu dane dokończyć. Wrzawa, która się teraz podniosła była nie do opanowania, zawrzały emocje, głosy mieszały się w jeden, brzmiący jak stado rozwścieczonych os huk.
- Przysiągłem dziesięć lat temu, że tylko po moim trupie nie będę miał różdżki w zasięgu ręki! – zawołał jakiś chrapliwy głos z tłumu.
- Tu nic ci nie grozi, Alastorze! – krzyknął Haggins, starając się przekrzyczeć tłum. Gwar trochę przycichł, kiedy czarodzieje przysłuchiwali się tej wymianie zdań.
- To samo mówili pod Blackpool, a z trudem wyniosłem stamtąd swoją drugą nogę! – odparował siwiejący auror ze środka sali. Vincent westchnął poirytowany.
- Odróżniasz chyba cholerne, ciemne i rozległe pola pod Blackpool od pokoju w samym środku Ministerstwa!
Alastor zacmokał, podrapał się przez nieporządne, matowe włosy w potylicę i zaczął się przepychać do przodu, stukając swoją szponiastą drewnianą nogą. Kiedy dotarł do podwyższenia, sięgnął po małe, podłużne pudełko, których cała sterta leżała z boku sceny.
- Pióro? – rzucił szorstko, wyciągając dużą, sękatą dłoń, pokrytą bliznami. Haggins wyjął zza klapy marynarki swoją dumę, pióro kakadu, które dostał od żony i którego nie trzeba było zanurzać w atramencie częściej niż raz na rok. Alastor wyrwał mu je brutalnie z ręki i podpisał się zamaszyście na wieczku pudełka. Następnie uniósł je i umieścił w środku swoją różdżkę. Ważył przez chwilę pudełko w dłoni, a potem podał Vincentowi. Po czym wrócił na swoje miejsce.
Po takim przykładzie, reszta aurorów pozbyła się oporów. Rzucili się falą ku podwyższeniu, podając dalej pojemniki na różdżki, przekazując sobie z ręki do ręki długopisy, pióra i ołówki. Gdy jedni siadali z powrotem, następni podnosili się z krzeseł. Stos zapełnionych pudełek rósł u stóp Vincenta Hagginsa. Członkowie Wizengamotu popatrywali na siebie niepewnie, ale w końcu zrobili, o co prosił ich Szef Biura Aurorów. Na samym końcu Vincent Haggins schwycił jeden pusty pojemnik, wypisał na nim swoje nazwisko i unosząc wysoko własną różdżkę – tak, aby wszyscy widzieli – schował ją i umieścił na szczycie sterty.
- Dziękuję za tak szybką współpracę – rzekł. – Musicie wiedzieć, że w Ministerstwie popełniono przestępstwo.
Tłum znów ożywił się, podniecił, zamruczał, zahuczał i zafalował. Vincent przerwał to wszystko stanowczym machnięciem ręki.
- Musimy zbadać wszystkie wasze różdżki. Taka jest procedura. Taka jest konieczność. Jak widzicie, ja także nie jestem wyłączony spośród podejrzanych. Nikogo też nie chcemy obrazić. Po prostu robimy to, co musimy.
Po tych słowach, zszedł z podwyższenia, a na jego twarzy malowało się zmęczenie jeszcze większe od tego, z którym rozpoczynał przemówienie. Siedzący najbliżej odczuli współczucie na widok jego bladego, przepracowanego oblicza. Mogliby przysiąc, że znaczy je kilka zmarszczek więcej niż jeszcze parę dni temu.
Drzwi otwarły się z rozmachem i na salę wkroczyło trzech wyższych urzędników sądowych. Przeszli zamaszystym krokiem, z czarnymi szatami falującymi wokół kostek, aż do podwyższenia. Wspięli się na nie, jeden przyciągnął na środek niewielki stolik, drugi rozciągnął na nim długi pergamin, który rozwinął się, dotykając podłogi, trzeci wziął do ręki pierwsze pudełko zawierające różdżkę. Nie odezwali się ani słowem, lecz wszyscy pojmowali, iż to oni, ci trzej, wytropią przestępcę.
Najwyższy, chudy jak tyczka mężczyzna odczytał urzędowym głosem:
- Vincent Haggins. – Przytknął wyjętą z pojemnika różdżkę do końca swojej własnej i wymruczał pod nosem – Priori incantatem.
Pomiędzy różdżkami wykwitła mała kłódeczka.
- Zaklęcie szyfrujące pocztę – oznajmił urzędnik, a jego kolega odznaczył coś na pergaminie. Przystąpili do kolejnych pojemników. Jeden za drugim.
- Thomas Oukam… Expelliarmus.
- Wendy Jiggil… Zaklęcie więzów.
- Monica Birdey… Chłoszczyść.
- Isabelle Woods… Pruffido.
- Michael Bass… Zaklęcie opatrunkowe.
- Adam Yourk… Drętwota.
I tak, kolejno, sprawdzano różdżki. Ich właścicieli odhaczano na liście, a je same oddawano do ich rąk. Sterta pudełek malała, wykrywano same dozwolone zaklęcia. Aż do momentu…
- Susan Kane… - Złączenie końców dwóch różdżek, wymamrotane priori incantatem. I z powietrza wyłoniła się mała, przerażająca trupia czaszka, otoczona zielonym blaskiem. Kilkadziesiąt gardeł jednocześnie wciągnęło głośno powietrze. Kobieta z Wizengamotu wydała stłumiony okrzyk.
- Avada Kedavra… - wykrztusił przejęty urzędnik.
Jak we śnie Syriusz oglądał sceny, które rozegrały się potem. Ktoś krzyczał coś o śmierciożercach w kręgach Ministerstwa, jakiś mężczyzna wskazywał coś palcem. Kobieta w kraciastym, wełnianym kostiumie jęczała głośno, miotając się między ludźmi, ze łzami spływającymi po pobladłych policzkach.
- To nie ja, nie ja! Przecież wiecie… Przecież musicie…! Vincent! Vincent, proszę, powiedz im! Poooooowiedz im! – zawyła głośno, padając na kolana. Szef Biura Aurorów odwrócił wzrok.
- Wiesz, że to nie jest kwestia mojej decyzji, Susie – powiedział cicho. Ktoś coś rozkazał władczym głosem. Dwaj czarodzieje ujęli słaniającą się na nogach, szlochającą kobietę i wyprowadzili z sali. Trzej urzędnicy sądowi podążyli za nimi.
Syriusz stał chwilę bez ruchu i bez słowa. Kiedy ocknął się z letargu, było już po wszystkim. Pozostało mu jedynie podejść odebrać swoją różdżkę i wrócić do pracy.


The Mission 18/09/2008 22:40:01 [Powrót] ...or the job?

Vicky

brak www
data: 19/09/2008 20:26:13
nat7.trans.net.pl
IP: 195.248.254.9
Widzisz, a ja przywlokłam się czytać tego samego dnia, kiedy ukazał się rozdział, niedobre stworzenie :P
Bardzo podobała mi się ta cała procedura na samym końcu. Nikt nigdy przed tobą tego nie napisał, więc było interesujące i nawet wciągające.
Ha, a ja znam historię tych imion i nazwisk! Ale nie wszystkie niestety rozgryzłam :P (musisz mi jutro opowiedzieć, koniecznie!) A te pudełeczka były takie fajne, kolorowe :P? Bo mnie się właśnie tak kojarzą, nie wiem czemu, ale właśnie tak :)
Hahahaha, jakbyśmy jeszcze chodzili w szkole do pracowni, to opiekun ucznia by cię zablokował, a to dlatego, że... Masz takie ładne słowo na k, ale go nie zacytuję :P
Ah, coraz bardziej lubię naszego... Koreańczyka, prawda? :)
No i Dom. On też jest fajny, słodziutki powiedziałabym nawet. I w sumie bardzo odważny, mimo że nie wytrzymał tortur, ale powiedzmy sobie szczerze, kto by je zniósł? Ach, pewnie Wyspa Króla Edwarda, względnie Floryda Slytherin :P Ale w to już nie wnikam.
Słowem, podoba mi się *





18263
2
Przejrzyj akta
Złóż swoje akta
Miej aurora zawsze blisko siebie!
Czasy, w których już nie chowa się klucza pod wycieraczką, a na odgłos kroków za tobą, zaczynasz biec, nawet- a może szczególnie- dla aurorów są trudne. Przyznać to musi nawet- szczególnie?- Bartholomew Wilkins...

Archiwum
2008
Wrzesień
Sierpień
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień


Kwatera Główna (drugie piętro)



Grafikę i kod html stworzyła Vicky
Funkcjonuje dzięki blog4u




Ulubieni