Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
„Te podstępne worki łajna wodzą nas za nos” - ALASTOR MOODY



„Te podstępne worki łajna wodzą nas za nos” - ALASTOR MOODY

Pokój przesłuchań C znajdował się na jednym z najniższych poziomów budynku Ministerstwa. Umieszczono go w bezpośrednim sąsiedztwie aresztu, który składał się z kilku niewielkich cel, w których można było przetrzymywać oskarżonych albo i niebezpiecznych świadków do czasu procesu… lub przesłuchania. Pokój C był największym z zaaranżowanych w Ministerstwie pomieszczeń tego rodzaju. Wewnątrz, wśród gołych, pokrytych zgniłozieloną farbą ścian, stało kilka stołów, a przy nich specjalne krzesła ze stalowymi, zamykanymi za pomocą magii obręczami, służącymi do przytrzymania rąk więźniom. Oprócz tego nie było nic, poza kominkiem przeznaczonym do komunikacji i solidnymi drzwiami z magicznym judaszem (wyłącznie powołane osoby mogły nie tylko zajrzeć przez niego do środka, ale także usłyszeć, o czym mowa). Można tu było rozmawiać z całą grupą więźniów, co czasami okazywało się bardzo przydatne. Jednak tego dnia, w którym do pokoju przesłuchań C zbliżyli się Bartholomew Wilkins i Jared Kun, wewnątrz znajdował się tylko jeden człowiek.
- Wiemy już o nim cokolwiek? – zapytał Bart, przystając przed wejściem.
- Powiedział ludziom, którzy zamykali go w celi, że nazywa się Preston McGoofy, co jest na tyle idiotyczne, że byłbym w stanie w to uwierzyć – odparł Jared, drapiąc się po policzku. Nie zdążył się rano ogolić i pojawiający się na twarzy zarost drażnił go przez cały dzień.
- Daj spokój – skrzywił się Bartholomew. Wyjął różdżkę, wetknął ją w dziurkę od klucza i zerknął przez judasza, który odsłonił teraz dla niego wnętrze pomieszczenia. – McGoofy? Chyba nie można się tak nazywać…
Śmierciożerca siedział w niewygodnej zapewne pozycji na brzeżku krzesła, na jego przedramionach zatrzaśnięte były stalowe obręcze. Rozglądał się niespokojnie dookoła, czekając, aż ktoś wreszcie do niego przyjdzie.
- Oczywiście, że można. Mój wuj nazywa się Lai Chi Num, co oznacza waszą świnkę-skarbonkę – rzekł Jared. – To nie ma jednak żadnego znaczenia, jak nasz gość się nazywa. Nie powiedział nic więcej. Nie mamy go w naszych kartotekach, popytałem też trochę, ale nikt, z kim rozmawiałem, nigdy się z nim nie spotkał. To plus fakt, jak bardzo był nieuważny i jak łatwo dał się rozbroić i obezwładnić Ednie, świadczą, że to raczej jakaś płotka. My mamy się dowiedzieć, co robił w willi, czy zna jakieś inne kryjówki śmierciożerców, ich plany na najbliższą przyszłość, cele porwania albo miejsca pobytu już uprowadzonych, planowane okolice ataków…
- Czyli jednym słowem, żądają od nas cudów. – Bartholomew westchnął. - Znowu.
- A nuż dziś jest dzień na cuda – wyraził nadzieję drugi mężczyzna i złapał za chromowaną klamkę. – Wchodzimy?
- Nie ma na co czekać.
Posługując się ponownie różdżką Wilkinsa do potwierdzenia ich tożsamości, otwarli drzwi i weszli do środka. Śmierciożerca spojrzał w ich stronę.
- Dwóch – odezwał się zachrypniętym głosem. – Dobry i zły auror? Znam tę zabawę.
- Jak na takiego małego, żałosnego człowieczka uwięzionego w pokoju przesłuchań masz cholernie dobry humor – warknął na niego Bart, przyjmując zagniewany wyraz twarzy. W rzeczywistości czuł się niepewnie. Przesłuchanie polegało głównie na graniu, a gdzie jak gdzie, ale na scenie nigdy nie czuł się dobrze.
- Aha. Zły auror – skomentował śmierciożerca z uśmiechem. – Zatem bardziej powinienem lubić tego uroczego Chińczyka.
- Pochodzę, do cholery, z Korei! – zawołał Kun, bo ludzie nieustannie się w tej kwestii mylili, więc był już przewrażliwiony, poza tym denerwował go bezczelny uśmieszek przesłuchiwanego. Zresztą, trochę pokrzyczeć nie zaszkodzi. Gdyby trzeba było, potrafiłby znakomicie utrzymać nerwy na wodzy, ale w tej chwili nie widział takiej potrzeby.
Mężczyzna na krześle mlasnął niezadowolony.
- Dwóch złych aurorów? Coś panowie niezbyt się na tym znają. Nie rozumiem, jak taki układ ma doprowadzić do psychologizacji rozmowy, w wyniku której nabiorę ochoty do zwierzeń.
- Nie będzie żadnej psychologizacji – odparł Bart, przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciw więźnia. Jared stanął obok kolegi, podpierając się ręką o oparcie jego krzesła. – Po prostu zadamy kilka pytań i oczekujemy, że na nie odpowiesz.
- A dlaczego miałbym zrobić coś takiego? – zainteresował się śmierciożerca.
- Choćby dlatego, żeby uniknąć Azkabanu, a przedtem wielu, wielu dni i nocy w naszej celi – powiedział Jared. – Poza tym, skoro tak popisujesz się wiedzą o rzekomych sposobach naszego działania, wiesz pewnie, że jeśli zechcę, mogę i w inne sposoby bardzo uprzykrzyć ci życie.
Pojmany odgiął się na krześle do tyłu i wyglądał, jakby się namyślał. Podczas akcji w willi, Bart nie miał zbyt wiele czasu, by dobrze mu się przyjrzeć. Teraz zmierzył wzrokiem jego beczułkowatą postać: był niski, o krótkich nogach, tłustym brzuchu i potężnych łapskach. Jego twarz, i tak blada z natury, zdradzała teraz skutki braku snu, stresów i zamknięcia w ciasnej, ciemnej celi. Oczy mężczyzny były zaczerwienione i widniały pod nimi ciemne ślady. Włosy w kolorze brudnego śniegu z londyńskich ulic zaczesał do tyłu i przylizał do czaszki. Zmarszczył jasne brwi i odezwał się:
- A może zamiast z wami gadać, poczekam aż Czarny Pan przyjdzie po mnie.
- O tak, z pewnością – rzekł Bartholomew. – To musi nastąpić już wkrótce! Po taką personę jak ty pofatyguje się pewnie osobiście. Poczekaj, pójdę powiedzieć, żeby wystawili straże w Hali Przylotów.
Jared Kun uśmiechnął się uśmiechem, który nie objął jego czarnych oczu. Śmierciożerca wykrzywił wargi.
- Jak na aurora siedzącego bezradnie w pokoju przesłuchań z małym, żałosnym człowieczkiem, który nie ma zamiaru mówić, masz cholernie dobry humor – rzucił, najwyraźniej zadowolony z siebie.
- Licz się ze słowami, gnojku – wycedził Bartholomew. – Nasze pozycje różnią się znacząco, zapewniam cię.
- Co robiłeś w willi przy Slusbery Road? – Jared przystąpił wreszcie do właściwej treści przesłuchania.
- Pilnowałem kryjówki, czy to tak trudno wydedukować?
- Czego pilnowałeś? Konkretniej.
- A co znaleźliście? – Domniemany Preston McGoofy droczył się z nimi, jednocześnie nie prowokując ich – odpowiadał przecież na stawiane pytania. „Sprytny, brzydki gnojek” – pomyślał Bart i powiedział:
- Artefakty. I nie myśl, że jesteś taki cwany. Po co trzymaliście je w tamtej willi?
- Mnie nie pytaj, ja tylko ich pilnowałem. Każą pilnować, to pilnuję.
- Kto kazał ci ich pilnować? – spytał Kun. – Nazwisko!
- Lestrange, Bellatrix Lestrange. – Zmrużył oczy, zadowolony. „Ty sprytny sukinkocie! Każde dziecko wie, że Lestrange jest na usługach Voldemorta! Wymieniając ją, to jakbyś nie wymienił nikogo” – pomyślał znów Bart. „Zupełnie nic nam to nie daje” – przemknęło w tej samej chwili przez głowę Jareda Kuna. Spojrzeli po sobie i szybko zwrócili wzrok z powrotem na oskarżonego.
- Gdzie możemy znaleźć Lestrange? – zapytał Jared.
- Nie mam pojęcia.
- Jak się z nią kontaktujesz?
- Ona kontaktuje się ze mną.
- Jak?!
- Osobiście.
- Nie wierzę, żeby fatygowała się za każdym razem, kiedy chce wydać rozkaz jakiemuś szeregowemu śmieciowi – sprzeciwił się Bartholomew.
- Nie wierz, jeśli chcesz, ale to prawda. – Śmierciożerca wyszczerzył w ohydnym uśmiechu niedomyte zęby. – Może pociągam ją fizycznie.
- Dosyć tych wygłupów – warknął Jared. – Z kim jeszcze się kontaktujesz?
- Z mamą, tatą, siostrą… - wyliczył przesłuchiwany z niewinną miną. – Podać nazwiska? McGoofy. Wszyscy troje.
Bart rąbnął pięścią w stół.
- Posłuchaj mnie, Goofy, uważnie…
- McGoofy, proszę pana – wtrącił śmierciożerca spokojnie.
- McGoofy, czy cholerna McMyszka Miki, mam to gdzieś! Jeszcze jedna kpina, jeden żart i uznam to przesłuchanie za zakończone! A przy drugim przesłuchaniu można już poprosić o dodatkowe pomoce… I mam wrażenie, że ze względu na twoje problemy zdrowotne – postaram się nawet o dokumentację medyczną, wierz mi - nie możemy zastosować veritaserum, pozostaną mi więc bardziej brutalne środki. – Zrobił odpowiednią pauzę. - Więc odpowiedz na pytanie: z jakimi innymi śmierciożercami masz kontakt?
- Widuję tylko tych tak nieważnych jak ja. I nie znam nazwisk.
- Podaj rysopisy – zażądał Kun.
- Nie zdejmujemy w swojej obecności masek. Tak nam polecono ze względów bezpieczeństwa.
- Bzdury!
- To prawda! Uczymy się na błędach, tak jak wy, a może i lepiej. Jesteśmy ostrożniejsi, niż bywaliśmy w przeszłości.
Bart przejechał ręką po twarzy.
- Dobrze. Możesz mi jeszcze powiedzieć, po co wyznaczacie człowieka do pilnowania kupy bezużytecznych artefaktów rodem ze sklepiku dla turystów w nadmorskim kurorcie?
Coś błysnęło w przekrwionych, bladoniebieskich oczach pojmanego. Jakaś iskierka zdziwienia, czy zadowolenia, która natychmiast znikła. Kun spojrzał na Bartholomew, żeby upewnić się, że i on to zauważył. Tak, widział.
Śmierciożerca wyciągnął się wygodniej na krześle i rzekł wolno:
- Powiem tak: prowadzicie tę sprawę jak dzieci szukające swojej foremki w piaskownicy – na oślep, chaotycznie, no i nie wiecie, że do piasku sikają koty. Jeśli załatwicie mi, że stąd wyjdę, szybko, powiem wam jak wygląda wasza foremka. Pójdzie łatwiej. I nie będę musiał dłużej patrzeć, jak się beznadziejnie błąkacie, że aż bierze współczucie.
- Nie wyjdziesz stąd tak łatwo, ale możemy ci załatwić szybki proces i złagodzenie wyroku za współpracę – podjął targi Jared. Więzień z uśmiechem pokręcił głową.
- To mnie nie interesuje.
- Porozmawiamy z naszym szefem i zobaczymy, co da się załatwić. Ale powiesz nam nie tylko jak wygląda… foremka, ale i gdzie się znajduje – odezwał się Bart, trochę zły na siebie, że podjął uroczą metaforę McGoofy’ego.
- Przekonamy się, co powie wasz szef – przekonamy się i co ja powiem.
Zabrzmiało to jak zakończenie dyskusji na ten moment. Bart wstał. Razem z Jaredem podeszli do drzwi.
- My rozważymy twoją propozycję, a ty się stąd nie ruszaj… - rzekł jeszcze Bart na odchodnym i zrobił wystudiowaną minę, jakby właśnie sobie coś przypomniał. – Ach, no tak. Nie masz wyboru.
*

Kiedy Jared położył dłoń na klamce, osoba, która patrzyła przez magicznego judasza zdążyła już dawno zniknąć w korytarzu i wspiąć się schodami do góry.


Susie Kane znowu przeprowadzała gorączkowe poszukiwania. Gabinet wyglądał, jakby przeszedł przez niego huragan, a potem przeszukano go jeszcze co najmniej trzy razy. Co zresztą w połowie było zgodne z prawdą. Ciemnowłosa kobieta, auror w średnim wieku, przewracała właśnie wszystko do góry nogami po raz czwarty. Papiery latały w powietrzu niczym ogromne płatki śniegu, potknąć można się było równie dobrze o zszywacz, jak i porcelanową filiżankę, zielone segregatory wyrzucone z szaf spoczywały pod biurkiem i w pobliżu okna, spora, wybebeszona damska torebka wisiała na krześle, a jej zawartość ginęła pod zwojami pergaminów na biurku.
Susie była największą bałaganiarą, jaką nosiła ziemia. Choć robiła wszystko, aby utrzymać porządek – bałagan po prostu sam się zjawiał. Z tej, czy z całkiem innej przyczyny, wciąż gubiła swoje rzeczy. Miała „tę wrodzoną zdolność do zgubienia nawet słonia w windzie” – jak często wypominał jej z uśmieszkiem ojciec. Nie mówiąc już o różdżce w dużym, pełnym schowków gabinecie.
- Pamiętam, że ją miałam… - mamrotała Susie, zaglądając pod kaloryfer. Znalazła cytrynowego cukierka. – Zanim przyszła poczta… A potem użyłam jej do przywołania długopisu, który się zapodział…
Wstała z klęczek, wygładziła wełnianą spódnicę w kratę i powstrzymała absurdalną chęć, aby sprawdzić na lampie.
- Później poszłam zrobić sobie kawę – przypomniała sobie. – Miałam różdżkę ze sobą?
Uczepiwszy się tej myśli, wyszła z pokoju, aby rozejrzeć się w małej kuchence przy końcu korytarza. Krótki rzut oka na to niemal puste pomieszczenie wystarczył, by rozwiać jej nadzieje. Rozczarowana wróciła do swego gabinetu i… dostrzegła ją! Siedem cali, olcha, włos jednorożca – jej różdżka! Całe szczęście!
Niepozorny kawałek drewna leżał niemalże na środku zasłanej papierami podłogi. „Jak to możliwe, że wcześniej jej nie zauważyłam?! – pomyślała Susie ze zdziwieniem, ale przede wszystkim z ogromną ulgą. – Leży na samym wierzchu! Pośrodku!”
Kręcąc z niedowierzaniem głową podniosła różdżkę. Przestała się też zastanawiać nad jej nagłym objawieniem.


The Mission 27/08/2008 15:16:54 [Powrót] ...or the job?

daszkass

brak www
data: 12/09/2008 18:26:03
193-239-36-193.ksi-system.net
IP: 193.239.36.193
Ciekawie się robi^^ Zresztą, tak to się robi właściwie już od początku :P Motyw z dobrym i złym aurorem mnie rozbroił xD Genialny! :P
Vicky

brak www
data: 27/08/2008 21:46:46
nat7.trans.net.pl
IP: 195.248.254.9
Wreszcie zadziałał ten nasz wspaniały blog4u, więc piszę. A, że mi się trochę nastrój zmienił...
Świnka Skarbonka - też chciała bym się tak nazywać. Ale pomijając to, zawarłaś tutaj masę dobrego, ukrytego humoru. Zastanawiałam się, kiedy wyskoczy zza krzaka (zza drzwi) pies Pluto (Syriusz?. Przesłuchanie, wyszło wspaniale - myśleli, że to mało ważny szeregowy bubek, a tymczasem ten okpił ich zupełnie i jeszcze wymógł na nich różne układy. Czy to oznacza, że on wcale nie jest taki pierwszy lepszy? A może to ktoś ważny, tylko ukrywa się pod tym idiotycznym pseudonimem? Ponadto powiem Ci coś bardzo ważnego! Przesłuchanie to miało w sobie coś trochę z serii o Inkwizycji niejakiego J. Piekary, którego uwielbiam. I Bart skojarzył mi się tutaj z jego Mordimerem (a wierz mi, to jest wielki komplement!). A co do drugiej części. Wspaniały ten króciusieńki przerywnik, bo daje nam masę do myślenia, nie wyobrażalne! Ciągle zastanawiam się kto to był, ale mam swoje typy - 2. Zapewne i tak to będzie ktoś inny, ale mam swoje podejrzenia, ot tak... A nie czekaj, mam jeszcze 3, zupełnie absurdalny, ale to by było w twoim stylu, w naszym stylu. Ciekawe czy zgadnę. A swoją drogą jak ta aurorka zdała te cholerne testy? Za takie bałaganiarstwo powinna co najmniej dostać naganę. Bo śmierciożercą łatwo jest ją wykorzystać.
Czekam na więcej, kochanie. I na mojego kochanego D.!
Nera

brak www
data: 27/08/2008 19:13:46
chello087207216194.chello.pl
IP: 87.207.216.194
Najpierw...
Dziękuję dziękuję dziękuję! Chyba nawet nie wiesz, jak mnie ucieszył ten komentarz... Napisałaś dokładnie o tym wszystkim, co chciałam uwzględnić :*
Jasne, że oni też mają uczucia. Nawet Rabastan, którego momentami sama się boję. Tak naprawdę, to chodziło mi o to, żeby najpierw pokazać jego uczucia, świeżo upieczonego śmierciożercy, dumnego, ale i z nieźle nadszarpniętymi nerwami, bo nie wierzę, żeby nawet Bellatriks swoją pierwszą Avadę rzuciła z... beztroską? A z drugiej strony tragedia kogoś, kto tej nocy stracił ostatniego członka swojej rodziny, kogoś, kto jest załamany, ale i zdesperowany. A że padło na Steve'a... Cóż, od dawna wiedziałam, że jego tata zginie, a przypadkiem napatoczył mi się młody Lestrange.
Ooo, dwunastego masz? Hie hie... ja też, tylko że marca =] Ale to mi się tak niechcący zrobiło, bo trzynastka jest u nas przesądna :P
Losu, dzięki za dedykację x)

Wiesz co?
McMyszka Miki po prostu mnie powaliła. Chyba nawet wokalista Gunsów przerwał sobie i wychylił się z Winampa zobaczyć, co się dzieje... Dawno nie czytałam tak poważno-niepoważnego kawałka... Chyba po to wymyśliłaś Prestona McGoofy'ego i te jego odzywki... "Z rodziną się spotykam: mama, tata, ktośtam-jeszcze. Wszyscy McGoofy" było drugie w kolejności genialne... Kurde, obleśny śmierciojad z niego, ale polubiłam skurczybyka, no. ;]
O, ciekawe skąd ja znam taką Suzie? To mi przypomina dowcip typu "-Gdzie sól? - W słoiku po dżemie z napisem 'cukier'" oraz mojego tatę... (Kto, ja? Ależ skądże znowu... =) Jednakowoż odniosłam wrażenie, że wzmianka o jej różdżce pojawiła się nieprzypadkowo... Szkoda tylko, że nie załapałam dlaczego... =P Napomknęłaś o objawieniu, przez co stałam się podejrzliwa, no ale... Pewnie dowiem się później ;)

Pozdrawiam cieplutko :**
krwawa-mafia

http://krwawa-mafia.blog4u.pl
data: 27/08/2008 16:33:52
zalogowany
IP: zalogowany
Hej.Śmieszne. Masz świetne poczucie humoru. Aż trudno uwierzyć, że to fanfick do HP;P
Nie będę komentować mojej niezrozumiałości szablonu ( ja sama swojego nie rozumiem ;) ).
Dodaję do ulubionych.
Pozdrawiam
Lee





18263
2
Przejrzyj akta
Złóż swoje akta
Miej aurora zawsze blisko siebie!
Czasy, w których już nie chowa się klucza pod wycieraczką, a na odgłos kroków za tobą, zaczynasz biec, nawet- a może szczególnie- dla aurorów są trudne. Przyznać to musi nawet- szczególnie?- Bartholomew Wilkins...

Archiwum
2008
Wrzesień
Sierpień
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień


Kwatera Główna (drugie piętro)



Grafikę i kod html stworzyła Vicky
Funkcjonuje dzięki blog4u




Ulubieni