Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
„Kawał drania. Mój krewny, bo jakżeby inaczej?” - SYRIUSZ BLACK



„Kawał drania. Mój krewny, bo jakżeby inaczej?” - SYRIUSZ BLACK

Benon Rawis trafił do tej pracy przypadkiem, a raczej dzięki protekcji bogatego wujka, który nie był jednak na tyle bogaty, żeby załatwić coś lepszego. Czemuż się jednak dziwić, skoro Benon w młodości naukę postawił na szarym końcu swojej hierarchii wartości i ledwo ukończył Hogwart otrzymując jedno z najgorszych świadectw w dziejach szkoły. W przeciwieństwie do swojej rodziny, nie przejął się tym jednak ani na jotę i zamiast szukać jakiejkolwiek pracy, wstąpił do mugolskiego wojska i wkrótce wyruszył na aliancki front we Francji. Nikt nie miał i do dziś nie ma pojęcia, dlaczego to zrobił, ani co interesowało go w tej ogromnej mugolskiej wojnie. Faktem pozostaje, że wrócił w czterdziestym piątym, dwudziestodwuletni, w stopniu majora i kulejący po postrzale w kolano i leczeniu niemagicznymi środkami. Znów pojawił się problem, co zrobić z Benonem, dziwakiem i czarną owcą w rodzinie. Wreszcie wuj, rodzinny dobroczyńca, zdołał go umieścić w Archiwum Dowodowym. Praca polegała jedynie na katalogowaniu dowodów przybywających z różnych departamentów, była zatem monotonna i po prostu nudna, „ale przynajmniej można mówić, że pracuje w Ministerstwie” – jak argumentował wujek. Benon z drwiącym uśmieszkiem przyjął te rodzinne wysiłki i to dbanie o jego dobrą pozycję w społeczeństwie, ale pracę podjął. I dzisiaj, mając już pięćdziesiąt pięć lat, nawet ją sobie cenił.
Niewiele dziś było do roboty. Odkurzył kilka półek w głębi i siadał właśnie do drugiego śniadania, kiedy ktoś zbiegł po schodkach prowadzących do jego Archiwum. Benon odłożył nienapoczętą kanapkę z szynką, wstał i spojrzał na zbliżającego się wolno młodego człowieka. Tego długowłosego blondyna nie trzeba mu było przedstawiać. Chyba każdy w Ministerstwie znał już Lucjusza Malfoya. Nie tak dawno skończył szkołę, a piął się po stopniach kariery jak doświadczony pracownik. A poza tym ta „poza”, jak lubił nazywać to Benon. „Sztywno wyprostowany, ta laseczka, która bardziej przydałaby się mnie niż jemu, ten uśmieszek kojota, upierścienione rączki i wzrok, jakby był tu panem! – podsumował kolejny raz w myślach. – Arystokrata! Jak pije herbatę, to pewnie odgina cholerny paluszek…”
Lucjusz Malfoy podszedł tymczasem do małego biureczka, przy którym siedział Benon. Rozejrzał się po małym, zakurzonym, wykończonym drewnem pomieszczeniu i pociągnął nosem, jakby przeszkadzał mu tu jakiś przykry zapach. Na chwilę zatrzymał wzrok na drzwiach do sali archiwalnej, a potem przeniósł go na samego archiwistę.
Żaden nie powiedział „dzień dobry”. Lucjusz z zasady nie witał się pierwszy, nie z takimi ludźmi. W Benonie zaś nigdy nie umarł buntowniczy duch i teraz powiedział sobie, że to, iż ten smarkacz uważa się za pępek świata wcale nie znaczy, że nim jest. Milczeli więc obaj przez krótką chwilę, a potem młodzieniec odezwał się:
- Z tego, co wiem, wczoraj przysłano ci dowody z Biura Aurorów?
- Codziennie przychodzą jakieś dowody – odparł niedbale starszy mężczyzna, wzruszając ramionami. W jasnych oczach Malfoya błysnęło zniecierpliwienie.
- Och, domyślam się. Naprawdę nie wątpię – zgodził się lodowato. - Mówię o kilkunastu przedmiotach… Przywieziono je chyba z willi przy Slusbery Road. Przyniósł je wczoraj Gregory Jenkins. Pamiętasz? W każdym razie, mój szef przysyła po nie.
Benon uniósł krzaczaste brwi.
- A to dlaczego?
- Dlaczego? Jak to dlaczego? Przecież mają pójść do analizy. To magiczne artefakty, trzeba za wszelką cenę sprawdzić, do czego potrzebne były śmierciożercom! – Lucjusz uśmiechnął się dziwnie na własne słowa.
- Pozwolenie? – rzucił sucho stary archiwista wyciągając przed siebie dłoń i patrząc na Malfoya wyczekująco.
- Jakie znowu pozwolenie?! – zdenerwował się ten. – Przecież Jenkins na pewno powiedział ci wczoraj, że po to przyjdę! – Złapał się za głowę i wzniósł oczy do nieba. – Merlinie, nic tu nie można normalnie załatwić! To jakaś paranoja! Naprawdę, proszę mi przekazać te artefakty, zanim stracę cierpliwość do tej pracy.
Benon Rawis pokręcił głową.
- Nikogo nie wpuszczam i nic nie wydaję bez podpisanego pozwolenia. Nawet dobrym znajomym – rzekł głosem świadczącym, że młody arystokrata bynajmniej się do nich nie zalicza. – Stary, dobry, wojskowy nawyk…
Lucjusz wsparł obie wypielęgnowane dłonie na blacie biureczka i pochylił się tak, że jego twarz znalazła się kilka centymetrów od oblicza archiwisty.
- Słuchaj, ty stary służbisto…! – Tu najwyraźniej opanował się i zacisnął tylko palce na biurku w bezsilnej złości. Za to Benon wzburzył się cały.
- Nie, to ty słuchaj, młodociany bubku! – zawołał – Ja tu pracuję i jeśli chcesz mi zawracać głowę to przynieś pozwolenie! Nie inaczej! Do zobaczenia! – Po czym usiadł za biurkiem, uważając rozmowę za skończoną. Lucjusz Malfoy wyprostował się wolno.
- O tak, do zobaczenia… - powiedział z groźnym uśmiechem i odszedł.

Bartholomew przypatrywał się fotografiom stojącym na biurku Vincenta Hagginsa. Wszystkie przedstawiały jego szefa dumnie podnoszącego złowione przez siebie wielkie ryby.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Auror oderwał wzrok od ramek ze zdjęciami.
- Tak.
- I wcale ci się nie podoba to, co słyszysz – westchnął Vincent. Bart wzruszył ramionami.
- Przecież wiesz, że tego nie znoszę. Oddawać niedokończonych spraw…
Szef Biura Aurorów westchnął znowu i zaczął niemal ojcowskim tonem:
- Posłuchaj, Bart… Wiesz, jaka jest sytuacja. Mamy tyle zaginięć, ile ziarenek piachu na plaży. A jedno trudniejsze do rozwikłania od drugiego. Jeśli chodzi o sprawę McBride’a… Bart, człowiek zdradził Tajemnicę! Nie jest śmierciożercom do niczego więcej potrzebny. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent prawdopodobieństwa wskazuje na to, że już nie żyje.
- Zawsze jest jeszcze ten jeden procent – powiedział smutno Bartholomew.
- Wiem, dlatego ktoś nadal będzie zajmował się tą sprawą. Przesuwamy ją tylko na niższy priorytet.
- A ja?
- A ty weź obiecany dzień urlopu. Zabieraj się do domu, a jak wrócisz jutro, to pogadamy.
- Ale…
- Proszę cię, bez dyskusji! Musisz się wyspać, zjeść porządny obiad i zabrać dziewczynę do kina. – Szef mrugnął do niego. Auror pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
- Niech będzie… Będę musiał porozmawiać z Eleanor… Z panią McBride.
Vincent pokiwał głową.
- Zrób to. Powiedz, że nadal będziemy się starać.

Wyszedł z gabinetu Szefa Biura Aurorów i skierował się do windy. Minę miał pochmurną, ciągle był niezadowolony. Jak powiedział, nie znosił rozstawać się z „rozbabraną” sprawą, tylko dlatego, że straciła najwyższy priorytet, a on miał szczęście (albo nieszczęście) zajmować się tylko takimi. Ale taka była polityka Biura Aurorów i nic na to nie mógł poradzić. „A jak dają dzień urlopu, to trzeba brać. No bo co?” – pomyślał, wciąż jednak był rozżalony.
Winda przyjechała i z krótkim sygnałem dźwiękowym rozsunęły się jej drzwi. Bartholomew wszedł do środka i na klawiaturze wybrał parter. Winda ruszyła z leciutkim szarpnięciem. Po chwili zatrzymała się na pierwszym piętrze. Delikatny, kobiecy głos ogłosił, co można tu znaleźć. Do kabiny zaś wsunął się Lucjusz Malfoy.
Obdarzył Bartholomew krzywym uśmieszkiem i stanął obok niego. Drzwi ponownie zamknęły się i winda ruszyła. Wtedy Malfoy wyjął różdżkę, machnął nią szybko i natychmiast zatrzymali się. Kabina stanęła między pierwszym piętrem a parterem.
- Co to ma znaczyć?! – zapytał podenerwowany Bart, patrząc ostro na Lucjusza i odruchowo sięgając po różdżkę.
- Spokojnie, spokojnie – rzekł jego współpasażer, chowając swoją różdżkę do kieszeni szaty. – Chcę tylko wygodnie porozmawiać.
- Wygodnie? – prychnął auror obrzucając spojrzeniem ciasną kabinę windy. – O co w ogóle chodzi? Nie życzę sobie…
- Spokojnie! – powtórzył Lucjusz Malfoy. – Mam dla ciebie pewną propozycję.
Bartholomew nie puścił różdżki. Do głowy przyszły mu teraz wszystkie pogłoski, jakie słyszał o tym młodym pracowniku Ministerstwa. Niektórzy byli niemal pewni, że jest śmierciożercą. Inni tylko podejrzewali. Cóż z tego, skoro nikt nie mógł go oskarżyć, a tym bardziej nic mu udowodnić… Pozostawały więc tylko pogłoski.
- Co, zastanawiasz się…? – zapytał Lucjusz z uśmiechem. Szybkim ruchem podwinął lewy rękaw swojej czarnej szaty i Bartowi ukazał się Mroczny Znak w całej swej przerażającej krasie. Nie okazał zdziwienia ani szoku. Ale musiał bardzo się starać.
- Po co mi to pokazujesz, skoro tak milutko się tu urządziłeś? Tak ładnie się ukryłeś? – spytał złośliwie, patrząc wprost w twarz śmierciożercy. Ten roześmiał się sztucznie.
- Pokazuję ci to po to, żebyś miał świadomość z kim rozmawiasz. A i tak nie jesteś w stanie nic mi udowodnić.
- Wystarczy podnieść ci rękaw szaty – warknął auror.
- To dlaczego do tej pory tego nie zrobili?
Bart otworzył usta, zamknął je, ponownie otworzył, aby powiedzieć:
- Bo nikt cię wprost nie oskarżył. Nikomu TEGO nie pokazałeś.
Malfoy zaśmiał się znowu.
- Naprawdę myślisz, że jesteś pierwszy? Wielu już TO, jak powiedziałeś, widziało. Wszyscy, tak jak ty, chcieli od razu biec składać zeznania. A potem przypominało im się o drogich mamusiach – jak twoja, Rose Wilkins, o narzeczonych – imieniem Rachel, prawda?
- Jeszcze się jej nie oświadczyłem – powiedział Bart pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy, mimo że wiedział, jak głupio to zabrzmiało. Malfoy zignorował tę uwagę.
- Proponuję wysłuchać, co mam ci do zaoferowania – rzucił. Bart rozważył szybko wszystkie możliwości postępowania.
- Mów – zdecydował w końcu.


The Mission 25/03/2008 21:08:25 [Powrót] ...or the job?






18263
2
Przejrzyj akta
Złóż swoje akta
Miej aurora zawsze blisko siebie!
Czasy, w których już nie chowa się klucza pod wycieraczką, a na odgłos kroków za tobą, zaczynasz biec, nawet- a może szczególnie- dla aurorów są trudne. Przyznać to musi nawet- szczególnie?- Bartholomew Wilkins...

Archiwum
2008
Wrzesień
Sierpień
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień


Kwatera Główna (drugie piętro)



Grafikę i kod html stworzyła Vicky
Funkcjonuje dzięki blog4u




Ulubieni